"Testowanie organizmu aparatem EAV wg dra Jonasza - detoksykacja dogłębna, medycyna informacyjna."

  Nazywam się Helena Smereczyńska-Stanisławska. Jestem refleksologiem i Dolnośląskim koordynatorem Międzynarodowej Akademii Refleksologii i Terapii Meridianowej Inge Dougans, ale zajmuję się również testowaniem osób aparatem dra Volla (EAV) wg programu dra Jonasza, znanego czeskiego propagatora medycyny informacyjnej i twórcy unikalnych, naturalnych, informowanych preparatów detoksykacyjnych ( patrz: artykuł w Informatorze Medycznym z X/2009, dostępny na mojej stronie ).
 Przebadałam dużą ilość ludzi w wieku od 2 do 90 lat (pomiar z jednego punktu na dłoni bez prześwietlania, pobierania krwi, naruszania skóry i kilometrowych kolejek w wielu miejscach). Wiadomo mi, że ok. 30 tysięcy lekarzy w 34 krajach, zrzeszonych w Międzynarodowym Towarzystwie Elektroakupunktury, testem tym określa stan organizmu i ustala prawdziwą przyczynę dolegliwości poprzez pomiar obciążeń grzybiczych, bakteryjnych, pasożytniczych, wirusowych, chemicznych, alergicznych, metali ciężkich i bardzo wielu innych.
 Opisałam teorię ognisk zakaźnych dra Jonasza oraz w jaki sposób, poprzez znajomość 5 obiegów energetycznych (nerki, płuca, serce, śledziona i wątroba, a także odpowiadające im narządy partnerskie oraz inne będące pod ich kontrolą) można ustalić, które odporności są najsłabsze (przeciwgrzybicza, p/bakteryjna, p/pasożytnicza, p/wirusowa i p/nowotworowa) i skutecznie oczyścić preparatami nie tylko całe obiegi, ale również poszczególne narządy, w których występują konkretne toksyny, usuwając przyczynę schorzeń. Praktyka wykazała porażające wyniki, dlatego opiszę je poniżej.

 Prawie każda osoba wykazała silne obciążenie grzybami, zwłaszcza pleśniami, w tym również pleśnią penicillium, a przede wszystkim, drożdżakiem – candida albicans. Dopóki mieszka ona sobie w jelicie grubym i pączkuje, jest naszym sprzymierzeńcem, ale gdy założy grzybnię, staje się groźnym pasożytem, ponieważ grzybnia wraz z prądem krwi wędruje po całym organizmie i osadza się, gdzie tylko może, a potem rozrasta się. Im młodsi testowani, tym większa ilość grzybów, i to zwłaszcza w mózgu, z objawami niepokoju, depresji, agresji, ciągłego zmęczenia, z uporczywymi bólami głowy, zaparciami, dekoncentracją, nawracającymi infekcjami, bezpłodnością, a u małych dzieci – autyzmem, zaburzeniami mowy i ogromną nadpobudliwością.

 U coraz młodszych mężczyzn i chłopców już nawet w wieku 16-17 lat mamy nadmiar grzybów, wraz z towarzyszącymi im bakteriami, w prostacie i jądrach. Jeden z jaskrawych przykładów, to młody dwudziestokilkuletni człowiek chorujący “na prostatę”, który w ciągu ostatnich 7 lat wydał majątek na leczenie (głównie antybiotykami i i sterydami), ale czuł się coraz gorzej. Na teście wykazał niezwykle wysokie zagrzybienie i obecność bakterii w tych obszarach i wielu innych, ale wystarczyło tylko odtrucie i odgrzybienie naturalnymi preparatami i zmiana odżywiania, a właściwie tylko inna konfiguracja białek i węglowodanów, żeby doszedł do siebie, nota bene, już po 2,5 miesiącach i o wiele taniej ! (krótka informacja o jedzeniu rozłącznym na mojej stronie).
 Analogicznie, u coraz młodszych kobiet i dziewcząt pełno grzybów, pleśni i drożdży w macicy, jajnikach, jajowodach, pochwa to tylko końcowy zagrzybiony odcinek całego zajętego traktu! Rozrodcze narządy lubi również u obu płci wirus HPV.

 Trzeba nam wiedzieć, że to nasz mózg, ratując siebie i nas, wysyła w miejsca zagrzybione całe dywizje odpowiednich bakterii do utrzymania równowagi, czyli, po prostu, do “wyjadania” nadmiaru grzybów. Tak to już jest w ewolucji, że jedne organizmy przyczyniają się do kontrolowania nadmiernego rozrostu innych dla zachowania homeostazy. Także z rozwoju listków zarodkowych wiadomo, w których narządach występują jakie tkanki, jakie nabłonki je wyściełają i które bakterie będą w większości w jakich miejscach, jeśli zajdzie taka potrzeba. Bardzo dokładnie opisała to Biologia Totalna. I grzyby i niektóre bakterie są nam potrzebne, ale chodzi o to żeby nie przekroczyć pewnej granicy, poza którą będą już tylko nieznośnymi obciążeniami. Wyobraźmy sobie las, w którym rosną tylko same grzyby! Nawet grzybiarze mieliby dość!
 Narządy rozrodcze, tarczyca, zatoki czołowe, stawy, skóra głowy - to obieg nerek i pęcherza moczowego, z odpornością przeciwgrzybiczą, sam w sobie najczęściej bardzo zagrzybiony, więc znajdziemy w tych narządach również chlamydie, mikro- i streptokoki, czyli gronkowce i paciorkowce, a w nerkach i pęcherzu – mollikuty. W skórze głowy i mieszkach włosowych często możemy spotkać grzyb – epidermopython, również microsporum, zwłaszcza w egzemach, ale też przy trądziku i innych problemach skórnych.
 W obiegu płuc i jelita grubego (odporność p/bakteryjna) oraz serca i jelita cienkiego (odporność p/pasożytnicza) do grzybów w nosogardzieli i płucach dołączają chlamydie pneumoniae, również plus koki, ale też mykobakterie, czyli prątki Kocha, które, przy bardzo rozległym zagrzybieniu jelit, również i je zasiedlają (kiedyś czytało się o gruźlicy jelit). Drożdżyca osadza się również w tkance podskórnej i skórze wraz z w/w grzybami. Osoby z problemami sercowymi wykazują grzyby w aorcie, osierdziu, a zawałowcy nawet w sercu i tętnicach, wraz z paciorkowcami. Jeśli grzyby nie wędrują do osierdzia u kobiet, często gromadzą się w piersiach.
 W obiegu śledziony (odporność p/wirusowa ) możemy mieć grzyby w dwunastnicy, żołądku przełyku, śliniankach, oraz osi hormonalnej – podwzgórzu, przysadce i szyszynce. Często występuje w żołądku i dwunastnicy helicobacter, a w trzustce i śledzionie gości również wirus opryszczki (herpes).
 W obiegu wątroby i pęcherzyka żółciowego ( coraz młodsze osoby już go “wycięły”) oprócz grzybów miewamy wirus hepatitis B, czasem C, poszczepienny lub wrodzony. Niekiedy drożdżyca wybiera sobie oczy i wtedy bywa tam chlamydia trachomatis. Kilka osób z zapaleniem błony naczyniowej oka miało wirusa B w wątrobie i pęcherzyku, ale też i w samym oku, gdyż wzrok należy do tego właśnie obiegu (odporność p/nowotworowa).
 Można mnożyć przykłady, ale ogólnie problem polega na tym, że najczęściej stwierdza się obecność bakterii i zwalcza się je antybiotykami, czyli wprowadza się dodatkowe pleśnie, nie bacząc na to, że obciążenie bakteryjne wynika z nadmiaru grzybów i to, przede wszystkim, ich trzeba się pozbyć - usiłujemy zatem usunąć efekt, a przyczyna, czyli grzybnia jeszcze bardziej się rozrasta i dosłownie chwyta nas za gardło.

 Czytałam bardzo ciekawą książkę o dr Anatolu Rybczyńskim, polskim chirurgu, który kilkadziesiąt lat życia poświęcił na badania nad guzami nowotworowymi i dowiódł, że to właśnie białko pleśni penicillium, zwłaszcza czarnej, w połączeniu z krzemem jest główną składową guza. Niestety, kpiono z Niego i ignorowano Jego alarmy, a może trzeba Mu było dać Nobla? Czyż to mogłoby oznaczać, że już za chwilę, jeśli prawie każdy człowiek przekroczy granicę zagrzybienia, będzie opuszczał naszą śliczną Niebieską Planetę z rakiem? W innej pozycji dowiedziałam się, że matka w ciąży (na ogół sama już „zdrowo” zagrzybiona) może przekazać płodowi grzybnię candidy, a jego układ immunologiczny uzna ją za swój dodatkowy narząd i da jej spokój, a niech sobie rośnie, bo to narząd, który się przecież rozrasta!

 Mózg bardzo dobrze nas chroni, ale przegrywa z grzybami, pasożytami i borrelią. Z testów wynika, że borrelia, wchodząca z zewnątrz do organizmu, najwyraźniej z dużą siłą przetrwania i utrzymania gatunku, zżera bakterie, które równoważą grzyby, więc osoby takie zostają po pewnym czasie głównie z samymi grzybami i borrelią, a zwalczając ją końskimi dawkami antybiotyków, jeszcze bardziej zagrzybiamy ustrój. Zachodzi więc pytanie, czy to ta mała bakteria, która pewnie nie powinna stanowić problemu dla zdrowego układu immunologicznego, jest tak pustosząca, czy może trafia na już spustoszony grzybami i nieźle nadjedzony organizm z uszkodzonym “generałem do spraw obronności”?
 Ale grzyby to nie wszystko, bo miewamy też i innych lokatorów do wykarmienia, jak przywry wątrobowe, włosogłówki, glisty, lamblie, zarodźce sierpowe, tęgoryjce, owsiki i inne, a to jeść woła! A gdzie tak naprawdę leży główna przyczyna tego wszystkiego? Przed naszym nosem, na talerzu! Śledziona, trzustka i żołądek odpowiadają za równowagę kwasowo-zasadową – a ileż my tam wrzucamy, bez litości i miłosierdzia, wymieszanych białek i węglowodanów, sztucznych fast-foodów, batoników i innych, produktów, zalegających, fermentujących i gnijących całymi dniami, a po latach mamy uszkodzone wchłanianie w jelicie cienkim i wydalanie w grubym, a znamienita większość w ogóle cokolwiek wydala, bo cierpi na “zapchaną rurę kanalizacyjną”, obrośniętą szlamem i kilogramami kału z przewagą bakterii gnilnych, a niedostatkiem tych dobrotliwych, czyli tzw. dysbiozę jelit, które w końcu się rozszczelniają, bo iluż można mieć patogennych najeźdźców? A oni ponownie wracają do krwioobiegu i nadal nas trują - nawet zawodowy komandos nie ma manewrów 365 dni w roku, a na co my narażamy nasz układ obronny, dziwiąc się potem, że coraz więcej chorób autoimmunologicznych, że wysiadają stawy, tarczyce, coraz więcej alergii, astmy, nowotworów, depresji, łuszczycy, etc.? On już nie wie, kogo atakować, więc uderza również sam siebie. I tak ciągle jemy, ale się nie najadamy, bo z takiego miksu może organizm wchłonie tylko z 20%, więc głodni dociskamy słodyczami, a drożdże aż piszczą z radości, że mają się na czym paść i rozrastać. A co z zarzucaniem narządów kazeiną z nabiału i glutenem z mąki pszennej, metalami ciężkimi, konserwantami chemicznymi, elektrosmogiem i mnóstwem innych? Zatruty organizm to organizm zakwaszony, zaśluzowany, wychłodzony, zaflegmiony, zabierający wapń z kości i zębów do odkwaszania, a to przecież nasza Świątynia. Czy kochamy Ją i szanujemy, czy Ją zaśmiecamy i poniewieramy? A jak wtedy w Niej się wyciszyć, odnaleźć spokój i harmonię, pomedytować i pomyśleć o rozwoju duchowym oraz przypomnieć sobie o naszym wspaniałym dziedzictwie i pełni. „Jestem Pełnią i cierpię z braku Pełni,” wołają nauczyciele duchowi.

 Warto, na koniec, nadmienić, iż kilka z najważniejszych meridianów (kanałów przewodzących energię w naszym ciele) przebiega przez narządy rozrodcze (meridian wątroby, nerek, żołądka, śledziony i trzustki). Jeśli zatem kilkunastoletni chłopcy i dziewczyny są już tam zagrzybieni i zatruci, i coraz częściej potem cierpią na bezpłodność, albo rodzą dzieci coraz słabsze i z wadami, a tuż po urodzeniu w szczepionkach fundują im rtęć i inne ciężkie metale, to czyż nie mamy wielkiej szansy na naturalne wyludnienie w tak zwanych „wysoko cywilizowanych krajach”?

 Wielu możnych tego świata nie musiałoby sobie nadal łamać głów, cóż tu by znowu wymyślić w celu depopulacji na świecie – spokojna głowa, panowie, dajcie nam trochę czasu, a wytrujemy się sami ...

 Byłam kiedyś przed laty na wykładzie bardzo znanej pani Doktor o kilku medycznych specjalizacjach, stosującej z powodzeniem również medycynę naturalną i pamiętam słowa, które powiedziała po opisaniu historii zgonu młodego człowieka, u którego sekcja wykazała mózg przeżarty grzybami: „Nie potrzebujemy wojen, proszę Państwa, zjedzą nas grzyby, pleśnie, drożdże i pasożyty.” Czasem tak sobie myślę, że może one tak wsiadają na nasze mózgi, żebyśmy jednak, jeśli inaczej już nie można, zmienili nasze paradygmaty myślenia i przestali wlec i toczyć stare filmy i programy przodków, i w końcu zamienili chorowanie, smutek i umieranie na zdrowienie, radość i życie, czego wszystkim serdecznie życzę.

QUO VADIS GATUNKU LUDZKI?

Helena Smereczyńska-Stanisławska